08-11-2010, 22:47
kolejna połówka pękła w rekordowym tempie
Tak jak pisałem ostatnio, wczoraj biegłem kolejny półmaraton. Już (a może dopiero) trzeci w tym roku. I wreszcie się udało! Dopiąłem swego i złamałem 1:40:00.
Najnowsze:
Najpopularniejsze:
Pogoda od rana nie zachęcała do biegania, powiem więcej - nie zachęcała do niczego. Szaro, mgliście i zimno. Ale nie padało i nie wiało, więc pojechałem. Wszystki formalności szybko i sprawnie załatwione, więc już 1,5 godziny przed biegiem byłem gotowy. Na starcie ustawiłem się w pierwszym rzędzie (a co tam, może załapię się na fotkę ze zwycięzcą ;] ) no i do boju! Na początku wyprzedziła mnie ze setka biegaczy, ale to zawodowcy - tylko mi mignęli. Potem się trochę uspokoiło, więc mogłem się skupić na trzymaniu tempa.
Z tym wcale nie było tak prosto, bo zabrakło mi pacemakerów. Pierwszy kilometr 4:22, czyli sporo za szybko; po 3 czy 4 km wreszcie udało się ustabilizować tempo w granicach 4:40, 4:45. Od 7 km zaczęło kropić. Na 12stym kilometrze (trasa to były 3 pętle po 7 km + finish), zdublowała mnie ekipa walcząca o podium. Trochę deprymujące, ale co tam. Czułem, że jest dobrze, więc biegłem dalej. Tuż przed 17 km udało mi się zdublować Panią z Parasolką (wymiana uśmiechów: +5 do kondycji), no i ostatnie 2 km to już finiszowanie w deszczu.

Czas na mecie...? Stoper pokazał 1:37:14. Oficjalne wyniki mówią 1:38:48 (239 miejsce na 723 zawodników)... Półtora minuty różnicy? Aż mi się nie chciało wierzyć. Jestem już po wymianie maili z organizatorem, który odesłał mnie do firmy dokonującej pomiaru czasu. Zobaczymy co odpowiedzą. Nie wierzę, że mój zegarek się spóźnia półtorej minuty w ciągu dwóch godzin. Jakkolwiek, 1:40 złamane! No i do 1000 km w tym roku już tak niewiele zostało! Zajebiste uczucie :) Aż się chce zapieprzać dalej!
Komentuj